Dariusz Załuski – rozmowa ze zdobywcą K2
Dariusz Załuski – znakomity, polski himalaista, który dokonał nie lada wyczynu: był jednym z czterech wspinaczy, którzy w 2011 roku weszli na szczyt K2 (8611 m) – drugi wierzchołek Ziemi i zarazem najtrudniejszy ośmiotysięcznik. Było to pierwsze wejście na K2 od 2008 r. (!). Darek jest dziewiątym polskim himalaistą, który zdobył drugi szczyt Ziemi. Ostatnie polskie wejście miało miejsce w 1996 r.
Magazyn Górski: Gratuluję sukcesu i bez wstępów zapytam: to było Twoje trzecie podejście do K2?
Dariusz Załuski: Jeśli nie liczyć wyprawy zimowej na K2, gdzie niewiele zdziałałem, to tak. Zresztą w tym roku zimą wybierają się Rosjanie. Zobaczymy, co pokażą. Uważam, że K2 zimą ulegnie jako ostatni ośmiotysięcznik. Wracając do pytania: pod K2 latem byłem dwa razy. W 2005 z Anią Czerwińską i Leszkiem Cichym oraz w 2010 roku też m.in. z Anią Czerwińską w ramach polskiej wyprawy kierowanej przez Bogusława Ogrodnika. Obydwie wyprawy atakowały górę od południa. Nie weszliśmy wtedy na szczyt. Najwyżej byliśmy na ramieniu K2, to właściwie jakbyśmy zdobyli górę 8-tysięczną. Ale na szczyt nie weszliśmy. Na usprawiedliwienie powiem, że ani w 2005 ani w 2010 roku nikt nie zdobył K2. W 2010 mieliśmy bardzo złe warunki. Było ciepło, sypały się kamienie tak na żebrze Abruzzów jak i na naszej Drodze Basków. Cóż, nie udało się. Ale wyprawa zaowocowała tym, że poznałem Gerlinde Kaltenbrunner i Ralfa Dujmovitsa, którzy zaprosili mnie do udziału w próbie wejścia na K2 w następnym roku, czyli w 2011. Tym razem szliśmy nie od południa, od strony pakistańskiej, ale od północy, z Chin. Tą samą drogą, na której byłem już w 2003 zimą.
MG: Byliście jedyną wyprawą atakującą K2 ze strony chińskiej?
DZ: Tam już samo dojście pod górę jest niezłą przygodą. Szliśmy z karawaną wielbłądów kilka dni terenem zupełnie nie zamieszkanym. Choć byłem tam już trzeci raz, karawana wciąż jest dla mnie czymś odkrywczym. To było jak dojście eksploracyjne. Bazę założyliśmy nisko, bo na 4700 m. Stamtąd mieliśmy jeszcze 6 godzin pod ścianę. Pod właściwą ścianą założyliśmy obóz I. To wysokość 5300 m. Stąd zaczęliśmy wspinanie.
MG: Jak to się stało, że trafiłeś w międzynarodowe towarzystwo austriacko-niemiecko-kazachskie?
DZ: Tak jak powiedziałem, Gerlinde Kaltenbrunner i jej męża Ralfa Djumovitsa poznałem pod K2 rok wcześniej. I oni zaproponowali mi udział w wyprawie w kolejnym roku. Nie bez znaczenia było to, że jestem filmowcem. Ale przede wszystkim polubiliśmy się. Był taki moment, gdy Gerlinde w trudnych warunkach schodziła po nieudanej próbie, po tragicznym odpadnięciu Frederika Ericssona, z którym atakowała szczyt. Wyszedłem po nią kawałek do góry i to nasze spotkanie we mgle gdzieś na 8000 m było dla mnie niezwykłym przeżyciem. Byliśmy zniechęceni do atakowania K2 od południowej strony. To właściwie Gerlinde z mężem zdecydowali o podjęciu próby z Chin. Dołączyła jeszcze dwójka Kazachów: Maxut Zumajew i Wasilij Piwcow. Świetni wspinacze z ogromną motywacją. Obydwaj chcieli skompletować koronę Himalajów. A brakowało im tylko właśnie K2. Byliśmy małym zespołem. Nie mieliśmy tragarzy ani tlenu. Chcieliśmy wejść na wierzchołek filarem od północnej strony w tradycyjny sposób zakładając kolejne obozy. Wymagało to zaporęczowania 4000 m ściany. Świadomość, że jesteśmy zdani tylko na siebie bardzo cementowała zespół i każdy dawał z siebie wszystko. Gerlinde miała szczególnie mocną motywację, żeby wejść na K2, gdyż także dla niej był to ostatni, 14-ty ośmiotysięcznik, a jeszcze żadna kobieta nie zdobyła korony Himalajów bez tlenu. Ralf już skompletował wcześniej koronę, ale chciał pomóc żonie. Miałem wspinać się i filmować wejście na szczyt. W sumie założyliśmy 4 obozy, a podczas ataku szczytowego mieliśmy jeszcze biwak, gdzieś na 820 0m. Po każdym wyjściu razem schodziliśmy do bazy, na porządny odpoczynek i obżarstwo.
MG: Wygląda to w Twojej relacji jakby to było łatwe wejście, a przecież od kilka lat nie było na K2 nikogo. Rzeczywiście nie było żadnych trudności?
DZ: Najtrudniejszy moment był między I i II obozem. Mocno wiało i było masę śniegu. Ralf zrezygnował na 5,5 tys. m. Nie było sensu, żeby ryzykował, gdyż on tę górę miał zaliczoną. Gerlinde i Kazachowie byli jednak tak zdeterminowani, że mimo pewnego zagrożenia lawinami dalej przecieraliśmy drogę, często brnąc w śniegu po pas. Wszyscy troje chcieli skompletować Koronę Himalajów. I ja także czułem się dobrze. Do tego filmowałem wejście.
MG: Cała akcja trwała kilka tygodni na przełomie lipca i sierpnia.
DZ: Tak. Cztery razy wychodziliśmy zakładając kolejne obozy i rozwieszając poręczówki. Po założeniu czwórki na około 8000 m czekaliśmy w bazie na okno pogodowe. Ralf, który zorganizował całą wyprawę – zresztą bardzo sprawnie – był w stałym kontakcie z Karlem Gablem z Innsbrucka. Karl podaje komunikaty pogodowe wielu wyprawom. I są to prognozy zazwyczaj bardzo trafne. Ralf często dzwonił do niego. W połowie sierpnia Karl powiedział, że będzie okno pogodowe przez kilka dni. Wtedy ruszyliśmy do szturmu po raz piąty. Powyżej czwórki było dużo śniegu i bardzo wolno zdobywaliśmy teren. W końcu stało się jasne, że musimy biwakować. Mieliśmy 2-osobowy super lekki namiocik, jedną karimatę i palnik. Jakoś się tam upchaliśmy i gotując liczyliśmy godziny. Ruszyliśmy do ataku o pierwszej w nocy. Ale było tak zimno i wiało, że już po półgodzinie znowu wszyscy gnietliśmy się w namiocie. W końcu ruszyliśmy o siódmej. Trochę wiało. Gdy grań szczytowa była blisko i już czuliśmy, że szczyt będzie nasz, trafiliśmy na 1,5-metrowy śnieg. Brnęliśmy momentami po pachy. Zabrało to kilka nieprzewidzianych godzin i mnóstwo sił. Na szczycie byliśmy dopiero ok. 18.30…
Strony: 1 2

Obejrzałem film Two on K2 na festiwalu Wądół Challenge w Gliwicach.Gratuluję.