Adam Ondra w Mamutowej

Adam Ondra na "Boskim Buenos" VI.3+ w Mamutowej, fot. J.Trzemżalski

Jacek Trzemżalski

Odkąd pamiętam w węższym i szerszym wspinaczkowym gronie – zwłaszcza podczas wyjazdów na zawody lub nudnych zimowych treningów na Koronie – toczyliśmy dywagacje, co by było, gdyby w polskie skały przyjechał ktoś ze ścisłej światowej czołówki i zweryfikował nasze wyobrażenia o trudnościach dróg. Różne były oczekiwania – jedni liczyli, że polskie drogi okażą się trudne, inni – o skłonnościach bardziej masochistycznych, twierdzili, że przecież wszyscy jesteśmy cieniasami i ten wielki Ktoś nam z pewnością dowali i wszystko pozaniża…
Lata biegły, w światowej czołówce zmieniały się nazwiska, a w Polsce wciąż wspinali się tylko Polacy…

Polska dla Polaków
Nie ma co ukrywać – Polska nie jest wspinaczkowym rajem i na wolnym rynku nie mamy szans w konkurencji z krajami bogatymi w żółty przewieszony wapień z tarciem. Dlatego zapraszanie do Polski na wspinanie jurajskie Hiszpana, Francuza, Włocha czy Amerykanina to słaba sprawa. Nie spodoba im się… Zdecydowanie lepiej jest z Niemcami, ale nawet ich Frankenjura, choć jest bliskim krewnym naszej Jury, to niestety zdecydowanie lepiej wyposażonym w sprzyjającą rzeźbę w ciekawych formacjach, więc także Niemcy znajdą u siebie znajdą więcej inspiracji pod trudne wspinanie. Jest szansa na Brytyjczyka – ich skały nie należą do pięknych – żeby się powspinać trzeba zaciskać zęby.

Adam
Jednak jest wspinacz – nie dość, że najlepszy na świecie, to jeszcze wspinający się w każdym rodzaju skały, który może polubić naszą Jurę. Jest nim oczywiście Adam Ondra…
Adam mieszka blisko – w czeskim Brnie – jakieś 3 godziny jazdy niezłymi drogami od Krakowa. Ponadto jego rodzinnym rejonem jest Moravski Kras, który jest chyba nawet nieco gorszy od naszej Jury – na pewno tak samo się wyślizguje i rzeźba jest jakby mniej udana. Na dodatek Adam lubi zarówno drogi ciągowe w przewieszeniu, ale także krótsze siłowe po małych chwytach i małym przewisie, a nawet całkiem krótkie – bulderowe w charakterze. Wystarczy prześledzić jego listę przejść, by uznać, że to dobry kandydat i że jest realna szansa „zajawić” go na nasz wapień. Zaprosiłem Adama do Polski w maju zeszłego roku, ale nie udało nam się ustalić wolnych terminów, bowiem Adam poza planami skalnymi, startował także w seniorskim Pucharze Świata. Przełożyliśmy plany na 2011 rok. Kiedy dowiedziałem się, że będzie gościem Krakowskiego Festiwalu Górskiego w grudniu 2010, uznałem że to dobry moment na wizję lokalną w kilku miejscach pod Krakowem. Przypomniałem się zatem mailem. Jednak Adam, który tuż przed festiwalem przebywał na bulderowym tripie w Szwajcarii nie odpisał. Dopiero na dzień przed jego przyjazdem dostałem odpowiedź, że na miejscu podejmiemy decyzję, bo jeśli to możliwe, to chciałby się powspinać. Samo oglądanie go nie satysfakcjonuje. Był początek grudnia i ostry atak zimy. Spadło sporo śniegu, chwycił spory mróz.
Spotkaliśmy się po prelekcji na KFG w piątkowy wieczór i temat stał się gorący. Adam bez ogródek zapytał o prognozę na następny dzień. Powiedziałem mu, że za miastem powinno być słońce, a niska temperatura gwarantuje, że będzie sucho. Ale na pewno będzie bardzo bardzo zimno… Adam uznał, że zimno mu nie przeszkadza – właśnie wrócił z Chironico, gdzie było minus osiem stopni i świetne warunki do bulderingu. Znając jego upodobania do niskich temperatur – w końcu Golpe De Estado poprowadził ze śniegiem pod ścianą (!) – uznałem, że wie co mówi. Błysk w oku Bogdana Rokosza, który niezależnie namawiał mnie na wypad w skały, rozwiał moje dylematy. Wspólnie z Bogdanem uznaliśmy, że najlepszym miejscem będzie Mamutowa – w środku jaskini będzie sucho, a nisko padające w zimie słońce powoduje, że w dziurze robi się jasno i jakby bardziej przytulnie. No i nie wieje. Bogdan miał to opracowane z prac nad Sprawą Honoru (padła 14 grudnia 2008 roku). Zresztą całkiem sporo razy udało mu się wyciągnąć mnie zimową porą do asekuracji, brrrr…
Umówiliśmy się z Adamem na telefon przedpołudniem następnego dnia, by zdecydować co ostatecznie robimy, biorąc poprawkę na pogodę.

Mamutowa

Sobota 4 grudnia. Dzień w Krakowie wstaje bardzo mglisty, na szczęście zgodnie z prognozą przestał padać śnieg. Mgła w mieście to jeszcze nie tragedia. W końcu to Dolina Wisły. Adam zadzwonił o 10.00, że jest gotowy na wspin. Umówiłem Bogdana jako przewodnika busa, którym podróżował Adam z ojcem, a ja pojechałem osobno, po odbębnieniu najpilniejszych obowiązków rodzinnych. Już w Modlnicy przywitało mnie pełne słońce i błękitne niebo! Decyzja była słuszna. Spotkaliśmy się na parkingu w Wierzchowiu około 13.00, bowiem Adam też miał poślizg. Po prostu zdecydował dłużej pospać. Na parkingu dużo śniegu, temperatura minus 5. Piękna, zimowa aura.
Zrozumiałem, że w tym właśnie tkwi największa moc Adama – on po prostu jest niewyobrażalnie sprężony na wspinanie. Mnie by się nie chciało przebierać przy takiej temperaturze. Wcześniej widziałem tylko jednego takiego oszołoma – Bogdana. W Jaskini sucho, w okapu zwisają wielkie sople, które strącamy kijem. Na całym dachu wiszą ekspresy! Taśmy nie są może estetyczne, ale miejsce wygląda przyjaźnie. Adam jest ewidentnie zadowolony z pomysłu przyjazdu. Mamutowa nie jest mu całkiem obca. Wie, że Sprawa Honoru pretenduje do wyceny 9a. Niestety, na prześlę idącym od Mechaniki widać lód w chwytach – nie da się go próbować.

Chomeini
Najpierw rozgrzewka – skała jest najcieplejsza na łuku z Boskim Buenos VI.3+, no i na starcie są klamy. Płachta ląduje w śniegu – nie ma rady. Każdy kto próbował się wspinać zimą wie, że pierwsza wspinaczka jest bardzo bolesna. Ból zamarzniętych dłoni jest trudny do wytrzymania. Adam przed kruksem schodzi do rysy po lewej. Po chwili w palce wraca ciepło, które przy odpowiedniej higienie i trzymaniu ogólnego rozgrzania można utrzymać przez cały dzień. Adam przechodzi Buenos na wędkę i uznaje, że jest rozgrzany. Jeszcze kilka bardzo charakterystycznych rozgrzewkowych zrywów biegowych – kto nie zobaczy, ten nie zrozumie. Adam dogrzewa rozciągnięcie i jest gotowy do ataku na Chomeiniego VI.6. Mówię mu, że na końcówce jest śnieg, co może mu utrudnić dojście do łańcucha i że podejdę z boku i zrzucę ten śnieg. Adam odpowiada, że pewnie i tak tam nie dojdzie, a jak ma zrobić to i tak zrobi. Cóż poradzić – nie zna specyfiki drogi, a ja nie znam jego możliwości. Może będą mieli rację Ci, którzy oczekują degradacji naszych ekstremów i dla Adama będzie tak łatwo, że zrzuci śnieg podczas przejścia. Na dole Adam porusza się płynnie. Tutaj nie ma trudności, jest dość patenciarsko, ale można sprytnie używać nóg, a w tym Adam jest mistrzem. Dochodzi do płyty z dwójkami. Bardzo krótki rest – w sumie nie ma po czym restować – i Adam wchodzi w płytę. Narzuca mu się patent z krzyżami. Ciężko mi uważnie obserwować przejście i równocześnie robić zdjęcia. Tym bardziej, że Adam wspina się bardzo szybko. Zdaję sobie sprawę, że oczekiwałem, iż Adam będzie się relaksował w tych dziurach i że będą to dla niego drągi. Ale tak nie jest… Widać, że musi się sprężać. Każdy ruch jest dynamiczny i Adam szuka ustawienia do wpinki, ale gdy go nie znajduje – nie przejmuje się tym zbytnio. Mija dwa ringi (!) i dochodzi do kruksa na krawędzi. Łapie ryskę na plecy. Chce skończyć drogę. Walczy! Z okrzykiem robi kluczowy ruch, a ja się cieszę sportową radością, że pierwsze przejście Chomeiniego On-Sight stało się faktem! Został łatwy ruch do wpinkowej klamy… ale właśnie na niej leży śnieg. Adam nie wie, oczywiście, gdzie jest klama… Z łańcucha zwisa długa pętla z karabinkiem. Adam wykonuje rzecz niemożliwą – stojąc nogami wciąż pod krawędzią wpina się ratunkowo do karabinka. Wie, że już jest blisko przyglebowania, choć ja widziałem loty Bogdana przy dokładnie takiej samej asekuracji – trzeba być czujnym i przed ziemią podkurczyć nogi. Po wpince Adam kilka sekund walczy, ale nie wie, gdzie w śniegu szukać klamy… Ostatecznie prosi o blok. Sukces czy dramat… Ja wiem swoje – zrobił! Wpinka z tego miejsca była trudniejsza niż ruch do klamy powyżej! Może gdyby nie było tej pętli, to Adam nie miałby wyjścia i musiałby sięgnąć wyżej. Klama jest tak duża, że nawet ze śniegiem by z niej nie spadł.
Adam zjeżdża – jest smutny, nawalczył się. Mówię mu, że ja uważam, że zrobił. On uważa, że nie, i że musi być uczciwy, bo nie skończył drogi. Tłumaczę mu, że wpinka była trudniejsza, niż łatwy ruch do góry i że szkoda, że nie dał mi szansy na usunięcie śniegu. Dla Adama to jednak tylko jedna z wielu dróg, dla mnie to jest TEN Chomeini. Pytam go o trudności: „for me typical X (8b), not so easy”.

Strony: 1 2 3

  1. Brak komentarzy
  1. Brak jeszcze trackbacków