Kinga Baranowska – rozmowa po zdobyciu Annapurny
Kinga Baranowska, ur. 17.11.1975 w Wejherowie, najlepsza obecnie polska himalaistka. Weszła do tej pory na siedem szczytów ośmiotysięcznych:
Cho Oyu (8201 m): 2003
Broad Peak (8048 m): 2006
Nanga Parbat (8125 m): 2007
Dhaulagiri (8167 m): 2008
Manaslu (8156 m): 2008
Kanczendzonga (8598 m): 2009
Annapurna (8091 m): 2010
Jako pierwsza Polka weszła na trzy z nich: Dhaulagiri, Manaslu i Kanczendzongę. Kinga może być wzorem pasji i motywacji dla każdego wspinacza. W 2010 roku uczestniczyła w dwóch wyprawach: udanej na Annapurnę i nieudanej na K2.
Między innymi o tych wspinaczkach rozmawia z nią Grzegorz Petryszak.
MG: Jak podsumujesz swój kończący się sezon?
Kinga Baranowska: Cieszę się z Annapurny. Sporo czasu mi to zajęło, by się zacząć cieszyć z tego wejścia, bo prawie od razu pojechałam na następny ośmiotysięcznik – K2. Wybrałam sobie w tym roku dwie góry „killery”, więc poprzeczka postawiona była wysoko. Ośmiotysięczniki mają to do siebie, że wymagają niesamowitego spręża i dobrej psychy, a ja z Annapurny wróciłam zmęczona psychicznie.
Na K2 z kolei wydarzył się wypadek mego kolegi, który dla nas wszystkich był bardzo trudnym wydarzeniem. Tak więc myślę, że to nie był dla mnie łatwy rok w górach. Sporo się jednak nauczyłam i nie mówię tu tylko chociażby o dwukrotnym podejściu na ramię K2 (8 tys. m). Wiem chociażby, jak mają wyglądać moje następne wyprawy i czego będę unikać przy ich organizacji.
MG: Jakie znaczenie w Twoim dorobku ma trudna Annapurna?
K.B.: Ogromne. Dużo serca i pracy włożyłam w przygotowanie tej wyprawy. Ci, którzy znają się trochę na górach wysokich, wiedzą, że w Himalajach są różne ośmiotysięczniki. Niektóre to „killery”, niektóre trudne, niektóre całkiem łatwe technicznie. Annapurna to góra „zabójczo piękna”, tak bym ją określiła. Cieszę się, że mieliśmy bezpieczne warunki, że wcześniej była aklimatyzacja na Pumori i że miałam tak naprawdę tylko jedno wyjście – bezpośrednio do szczytu. To też zminimalizowało ryzyko na tej niebezpiecznej górze, która jak dotąd ma najmniej wejść na wierzchołek i, niestety, najmniej chlubną statystykę, jeśli chodzi o wypadki. Dla mnie też bardzo ważne jest to, by takich gór nie zostawiać sobie na „później”, ale wspinać się na nie wtedy, kiedy jest się w dobrej formie.
