W co się wpinamy?

Ring osadzony w skale, fot. Jacek Trzemżalski

Jacek Trzemżalski

Nieodłącznym elementem wspinaczki z dolną asekuracją jest wpinanie ekspresów do stałych punktów przelotowych. Przyznajcie sami – w większości przypadków robimy to z poczuciem 100% bezpieczeństwa. Nieprawdaż? Czasami jednak warto się głębiej zastanowić przed tym bezrefleksyjnym faktem. Odpowiedź na pytanie „w co właściwie się wpinamy” może dać całkiem niewesołe odpowiedzi…

Żyjemy w czasach, że nasza Jura, a przynajmniej większość jej rejonów może – także w sensie dosłownym – świecić w świecie przykładem, jeśli bierzemy pod uwagę jakość ubezpieczenia dróg wspinaczkowych. Społeczna praca, którą na przestrzeni ostatnich lat, wykonali ekiperzy Polskiego Związku Alpinizmu, a także osoby nie zrzeszone, jest nie do przecenienia. Korzystają z niej wszyscy. Era błyszczących wklejonych ringów i 100% pewności co do jakości „ekiperskich” przelotów, niesie jednak ze sobą zagrożenia. Szybko przyzwyczajamy się do komfortowej asekuracji. A co wtedy, kiedy nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć na pytanie, czym jest obita droga i jak wyglądają punkty przelotowe tam, gdzie ich nie możemy ocenić wzrokowo, czyli w skale?

Lata dziewięćdziesiąte
Ten tekst powstał po to, by podzielić się moimi wieloletnimi doświadczeniami, zebranymi podczas ubezpieczania nowych dróg, a przede wszystkim podczas wymiany asekuracji na istniejących drogach.
Najpierw kilka słów wprowadzenia. Swoje drogi zacząłem robić z konieczności… Dość szybko wyczerpałem możliwości wspinaczki na istniejących drogach – obitych i tradycyjnych – w moich rodzinnych Czarnorzekach. Stanąłem przed dylematem dziś trudnym do uwierzenia, że nie mam się po czym wspinać. Na przełomie lat 80-90-tych XX wieku nie jeździło się jeszcze na West. Chcąc się rozwijać, musiałem wytyczać swoje linie.
Pierwszą swoją drogę – Zemstę Kilkujadka VI.3 – poprowadziłem w 1990 roku w oparciu o dwa istniejące ringi z drogi Ryski Na Półkuli (Zemsta jest jej prostowaniem). Dół prostowania robiłem solo, a w kluczowym miejscu na górze asekurowałem się z prawdziwego piaskowcowego węzełka, który po solidnym locie zatarł się na dobre i został tzw. „stałym węzełkiem”. W następnym roku ubezpieczyłem już 6 nowych linii. Nie było rady – wszystkie linie biegły formacjami płytowymi i żadna naturalna asekuracja nie była możliwa. Musiałem posiąść trudną sztukę osadzania stałych przelotów. Zakupiłem prawdziwe piaskowcowe ręczne wiertło, którym jedną dziurę (w dość twardym czarnorzeckim piaskowcu) wierciło się bardzo długo. Nie pamiętam, ile dokładnie, ale wydaje mi się, że ponad 2 godziny. Na szczęście mój brat szybko odkrył, że o wiele lepiej sprawuje się zwykłe dłuto, które w odróżnieniu od wiertła-rury, mniej się klinuje w otworze. Takim wiertłem-dłutem wywierciłem naprawdę sporo dziur i do dzisiejszego dnia wspominam go w rozrzewnieniem. Ringi wpijało się początkowo klasycznie – na paskach ołowianych, a potem na podejrzanych na Jurze i o wiele łatwiej dostępnych, aluminiowych drutach, które niestety nie sprawdzały się na gorszej jakości piaskowcu. Następnym odkryciem było wklejanie ringów na kleju do płytek. Tak osadzone ringi były zasadniczo „pancerne” i niektóre można spotkać jeszcze dziś. Ring wbijany miał jednak swoją przewagę – od razu można się było wspinać. Niestety, ringi z żebrowanej stali, które się osadzało, w większości przypadków, nie są odporne na korozję. Ponadto ringi wbijane nie są odporne na penetrację otworu przez wilgoć, co z czasem osłabia kotwienie. Tak było drzewiej…

XXI wiek
Wraz z pozyskaniem technologii wiercenia wiertarką akumulatorową, a przede wszystkim dzięki ringom z nierdzewnej stali, wklejanym na kleju dwuskładnikowym, można dziś osadzać ringi możliwie najlepszej jakości.
Dzięki uprzejmości firmy Hilti, nie tak dawno na Jurze odbyło się szkolenie dla ekiperów PZA w zakresie testowania jakości osadzenia punktów przelotowych. Jest to przygotowanie do kompleksowego sprawdzenia – atestowania wszystkich ringów osadzonych na Jurze przez ekiperów PZA. Wnioski ze szkolenia są bardzo optymistyczne. Przyjęliśmy, że jeśli siła graniczna liny wynosi maksymalnie około 12 kN (czyli około 1200 kg, więcej nie wytrzymuje nasz kręgosłup), to standardowe testy nie niszczące powinny odbywać się przy sile 6 kN na wyrywanie. Taka siła daje gwarancję, że punkt jest osadzony prawidłowo i bezpiecznie, a jednocześnie go nie niszczy. Podczas szkolenia postanowiliśmy przeprowadzić także test niszczący. Ring wklejony w bardzo złej jakości skale, na przeterminowanym kleju zaczął się wysuwać dopiero przy sile 20 kN, przy czym słabszym ogniwem okazała się sama skała (ring był celowo osadzony na stożku skalnym). Przy okazji informacja, że sam ring oferuje wytrzymałość 35 kN. Pozwala to wysnuć wniosek, że prawidłowo osadzony ring na kleju dwuskładnikowym jest punktem bardzo bezpiecznym, a jego ewentualna zawodność jest bardziej związana z jakością skały.

Niuanse pracy ekipera
Osadziłem już wiele takich „nowoczesnych” ringów. Często słyszę głosy, że „droga jest za gęsto, lub za rzadko obita, że wpinki nie są w najlepszych miejscach, że tam czy siam, przydałaby się dodatkowa wpinka etc.”
Niestety, reguły tzw. „sztuki ekiperskiej” wyznacza przede wszystkim jakość skały. Kiedy ubezpieczamy drogę w litej płycie sprawa jest prosta. Ring można osadzić w dowolnie wybranym miejscu. Niestety, nie jest to aż tak częste, jak by się mogło wydawać. Częściej trzeba nieźle pokombinować, jak sensownie rozmieścić przeloty, żeby zapewnić maksimum bezpieczeństwa. W gorszej skale wpinki muszą być gęściej, by udar na ringa przy ewentualnym locie nie był duży. Radzę w takiej sytuacji nie omijać wpinek!
- „Obite gęsto, jak dla kursanta” – taką opinię wygłosił dobrej klasy wspinacz o dolnej części Liberatora w Dolinie Brzoskwinki. Gdyby wiedział, jaka jest pod spodem skała, może nie miałby aż tak krytycznego podejścia. Gęste obicie w tym przypadku nie oferuje emocjonujących runoutów, czyli wysokich wyjść nad przelot, ale przynajmniej nie daje iluzji posiadania dobrej protekcji.
Sęk w tym, że wspinając się bez młotka trudno ocenić, jaką skałę mamy pod palcami. Z tego samego powodu może się zdarzyć, że wpinki nie są idealnie komfortowe, że „można by się wpinać z tej lepszej klamy”. Ekiper często musi wybrać mniejsze zło i osadzić ringa w lepszej skale, oferując tym samym mniej komfortową wpinkę. Dlatego na kursach ekiperskich dużą wagę przywiązujemy do nauki prawidłowego wyznaczania przelotów. Wstępna wspinaczka na obijanej drodze jest nieodzowna! To samo oczywiście dotyczy dróg, na których wymieniamy starą asekurację. To, że 15-20 lat temu autor drogi tak wyznaczył przeloty, o niczym nie decyduje. Nie mamy pewności po pierwsze: jakie było jego doświadczenie wspinaczkowe, po drugie: czy w dobrej skale wyznaczył miejsca pod przeloty. Trzeba do tego podejść tak samo krytycznie, jak do swojej własnej drogi. Jestem zdecydowanym przeciwnikiem wymieniania asekuracji „1:1”! Mimo, że niektórzy moi koledzy postulują prawa autora pierwszego przejścia do swoistego licentia poetica na obicie, to jeszcze się nie spotkałem z sytuacją, by autor „starego” obicia protestował przeciwko poprawieniu stanu asekuracji na jego drodze. Jest to całkowicie zrozumiałe – ktoś, kto pod drogą podpisuje się imieniem i nazwiskiem, bierze cywilną odpowiedzialność za ewentualne wypadki zawinione przez złe ubezpieczenia drogi. Taka sama cywilna odpowiedzialność ciąży oczywiście na ekiperach PZA, z tym że w jakimś stopniu chroni ich ubezpieczenie OC opłacane przez związek.

Strony: 1 2 3

  1. Brak komentarzy
  1. Brak jeszcze trackbacków