Simone Moro – rozmowa po zdobyciu zimą Gasherbrum II
MG: Jak wyglądała Twoja wspinaczkowa droga do najwyższych gór?
Simone Moro: Celem mojej pierwszej ekspedycji w 1992 roku był Everest, drugiej południowa ściana Aconcagua i to zimą. Doświadczenie zdobywałem zatem od razu na najwyższych szczytach także zimą. Teraz mam na koncie 44 wyprawy, z czego 11 w zimie z 3 ośmiotysięcznikami zdobytymi o tej porze roku. Jestem dumny z tych osiągnięć i zmotywowany do dalszego działania.
MG: Jak sądzisz – jak będzie wyglądał dalszy ciąg zimowych prób w Karakorum, mam szczególnie na myśli główny cel, czyli zimowe wejście na K2?
Simone Moro: Miałem już zaplanowaną wyprawę na K2 zimą 2012 roku, ale odwołałem ją ponieważ wybiera się tam wtedy duża rosyjska ekspedycja i nie chcę z nimi rywalizować. Jest tam wielu moich przyjaciół, a ryzyko powstania nieporozumień i ciśnienia jest zbyt duże. Mój styl i rozmiar ekipy są tak różne od ich, że postanowiłem zrezygnować. To samo zrobiłem tej zimy, jeżeli chodzi o Broad Peak. Kiedy dowiedziałem się, że mój przyjaciel Artur Hajzer organizuje wyprawę na ten szczyt, zdecydowałem się zmienić górę i wybrałem jedyny „wolny” ośmiotysięcznik w Pakistanie. W 2012 roku wybieram się na Nanga Parbat albo inny ośmiotysięcznik, który nie będzie jeszcze zdobyty, chociaż mam nadzieję, że zarówno wyprawa na Broad Peak i na Gasherbrum I zakończą się sukcesem.
MG: Czy uważasz, że Zimowa Korona Himalajów to realny cel dla jednego alpinisty?
Simone Moro: Tak jest to niezwykle trudne, ale możliwe. Trzeba zacząć dosyć wcześnie, bo można wspiąć się na 1 albo 2 szczyty w sezonie. Prawda jest taka, że trzeba na to poświęcić całą karierę…
MG: Jaki jest Twój następny cel?
Simone Moro: Jak już powiedziałem czekam na następną zimę. W 2011 roku będę po prostu wspinał się w skałach i potrenuję przed następną zimą. Przez pewien czas zajmę się także pilotowaniem helikoptera w Nepalu.
MG: Trzymam kciuki za następne cele i wielkie dzięki za rozmowę.
Pierwsze wejście zimowe na ośmiotysięcznik w Karakorum – Gasherbrum II zdobyty!
Dzień 2 lutego 2011 na zawsze przejdzie do historii światowego alpinizmu. Tego dnia zespół w składzie Simone Moro (Włochy), Denis Urubko (Kazachstan) i Cory Richards (Kanada) zdobył zimą pierwszy ośmiotysięczny szczyt w Karakorum – Gasherbrum II o wysokości 8035 metrów.
Nie raz już pisaliśmy na łamach Magazynu Górskiego – choćby przy okazji trwającej jeszcze polskiej wyprawy na Broad Peak – czym charakteryzuje się zimowe wspinanie w Karakorum. Głównymi przeciwnikami wspinaczy są nie tylko wysokość i trudności techniczne, ale przede wszystkim pogoda, a głównie jej nagłe zmiany. Paradoksalnie zimą w Karakorum jest z reguły mniej śniegu niż latem. W wielu miejscach trzeba się wspinać po lodzie. Za to opady potrafią być gwałtowne i duże. Jednak śnieg jest szybko sprasowywany przez wiatr. I to właśnie wiatr gra w Karakorum pierwsze skrzypce i decyduje o powodzeniu wspinaczki. W większość zimowych dni wiatr osiąga prędkość 100 km na godzinę, co oczywiście uniemożliwia jakąkolwiek działalność górską. I tak niskie temperatury, przy wiejącym wietrze osiągają wartości odczuwalne minus 40 – minus 50 stopni! Zimą w Karakorum praktycznie nie zdarzają się dni ciszy – wieje zawsze – jednak wiatr w granicach 20-30 km na godzinę daje szanse na wspinaczkę. Nie trzeba dodawać, że huragany wiejące nieprzerwanie przez wiele dni niszczą liny poręczowe (te nieliczne, które akurat wystają ze śniegu i lodu), zwiewają namioty obozów i zmuszają wspinaczy do przebywania w bazie. Trwające 2-3 dni okno względnie dobrej pogody to prawdziwe szczęście i musi być bezwzględnie wykorzystane. W ostatnich latach wiele się zmieniło na plus, jeśli chodzi o prognozy pogody. Najlepsze posiada Karl Gable z Innsbrucka, który jest prawdziwym aniołem stróżem himalaistów. Z jego pomocy, poprzez łącza satelitarne korzystała wyprawa na Gasherbrum II, a także polska wyprawa na Broad Peak.
Historia zdobycia G2
Historia zdobycia Gasherbruma II zaczęła się w 1934 roku. Wtedy to Günter Dyhrenfurth poprowadził wyprawę rekonesansową w grupę Gasherbrumów. Jednak dopiero 22 lata później zorganizowano pierwszy atak na szczyt, który od razu zakończył się sukcesem.
7 lipca 1956 roku na szczycie stanęli członkowie austriackiej wyprawa kierowanej prze Fritza Moraveca. Oprócz wspomnianego Moraveca na szczycie stanęli także Joseph Larch i Hans Willenpart. Droga pierwszych zdobywców wiedzie przez Lodowiec Gasherbrum Południowy, następnie południowo-zachodnim żebrem i śnieżnym tarasem na grań wschodnią, skąd na wierzchołek. Kolejne wyprawa znalazły się u podnóża góry dopiero w 1975. Francuski zespół w składzie Marc Batard i Yannick Seigneur poprowadził nową drogę wiodącą południowym żebrem. Kilkanaście dni po Francuzach na szczycie stanęli pierwsi Polacy: Leszek Cichy, Janusz Onyszkiewicz (obecny prezes Polskiego Związku Alpinizmu) i Krzysztof Zdzitowiecki. Pierwsze zimowe wejście: 2 lutego 2011: Simone Moro, Denis Urubko i Cory Richards.
Jak wiadomo prekursorami zimowego wspinania w Himalajach są Polacy. Zakończona sukcesem polska zimowa wyprawa na Mount Everest z roku 1980, podczas której szczyt najwyższej góry Ziemi osiągnęli Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki, pokazała światu nowy wymiar i przyszłość himalaizmu. Do niedawna zimowe wspinanie w najwyższych górach było wyłącznie domeną Polaków. Polacy zdobyli zimą wszystkie – poza Nanga Parbat (wciąż niezdobyta zimą) i Makalu (zdobyta przez Simone Moro i Denisa Urubko) – ośmiotysięczne szczyty w Himalajach. Naturalną konsekwencją stało się przeniesienie aktywności na zdecydowanie trudniejszy teren Karakorum. Jednak do 2011 wszystkie zimowe próby w Karakorum kończyły się porażkami.
Simone Moro, który na swój pierwszy ośmiotysięcznik zimą – Shisha Pangmę – wszedł jako uczestnik polskiej wyprawy w zespole z Piotrem Morawskim, na każdym kroku podkreśla, że czuje się „spadkobiercą” polskich doświadczeń i inspirują go właśnie polskie zimowe wspinaczki w górach najwyższych. Moro wraz z Denisem Urubko już podczas samodzielnej, brawurowej akcji w 2009 roku, jako pierwsi zimą zdobyli szczyt Makalu, kilkakrotnie oblegany przez polskie wyprawy. Okoliczności zdobycia szczytu były niezwykłe – po pojawieniu się w miejscu bazy wspinacze zastali fantastyczną pogodę – zupełnie nietypową jak na tę porę w Himalajach. Niemal bezwietrzne warunki pozwoliły im na przeprowadzenie natychmiastowej akcji w stylu alpejskim. Pogoda załamała się dopiero podczas zejścia ze szczytu, ale huragan nie przeszkodził Moro i Urubko w bezpiecznym zejściu do bazy.
Wyprawa na Gasherbrum II stała się logiczną konsekwencją tamtego sukcesu.
Do zespołu Moro-Urubko dołączył Kanadyjczyk Cory Richards, a wyprawa wyruszyła do Pakistanu tuż po świętach Bożego Narodzenia. Styl działania wyprawy miał być taki sam jak na Makalu, z tym, że liczono się z ryzykiem krótszego okna pogodowego i oczywiście dłuższego oczekiwania w bazie. Po prawie miesięcznym oczekiwaniu uzyskano od Karla Gabla obiecującą prognozę pogody, która zakładała okno pogodowe trwające około jeden dzień! Atak szczytowy rozpoczął się 31 stycznia jeszcze w złej pogodzie. Tego dnia wspinacze dotarli do obozu 2 na wysokości 6500 m. 1 lutego wciąż z złych warunkach postanowiono wspinać się dalej do wysokości 7000-7200 m z zamiarem założenia obozu 3, z którego następnego dnia zamierzano atakować szczyt. Jak relacjonuje Simone Moro:
- Przed osiągnięciem grani będziemy musieli z pewnością torować drogę w śniegu, ale dzięki wiejącemu wiatrowi będzie on sięgał kolan, a nie jak dotychczas pasa. To pozwoli nam na całkiem szybkie podejście. Moglibyśmy próbować osiągnąć szczyt z obozu 2: to około 12-13 godzin wspinaczki… ale w końcu jest zima. Dni są bardzo krótkie, a słońce zachodzi bardzo wcześnie. Myślę, że najlepszą strategią będzie dotarcie do obozu 3 i wyjście w kierunku szczytu o północy. Potem będziemy potrzebowali jeszcze dwóch dni na zejście do bazy. Inna sprawa, że pogoda nie będzie wtedy już tak dobra.
Ostatecznie obóz 3 stanął 1 lutego na wysokości 6900 metrów. Planowano, że szczyt zostanie osiągnięty następnego dnia około godziny 13.00. Jednak w międzyczasie prognoza pogody została skorygowana i załamanie miało nadejść wcześniej niż się spodziewano – nie około 15.00 2 lutego, ale już o przed 14.00!
Atak szczytowy musiał być więc szybszy niż zakładano. Ruszył on około północy. Relacja Denisa Urubko:
- Szło nam całkiem dobrze, jednak gdy osiągnęliśmy wysokość 7900 – 8000 metrów śnieg zniknął całkowicie i pojawiły się skały przykryte lodową skorupą. Nie należę do osób strachliwych, ale przestraszyłem się nie na żarty. Po czymś takim trudno było iść. Już chciałem proponować powrót, ale popatrzyłem na Simone i stało się dla mnie jasne, że on nie ma takich myśli, dlatego zostawiłem je tylko dla siebie.
Szczyt został zdobyty o godzinie 11.28 czasu pakistańskiego. Cory Richards:
- Przed wyjazdem na wyprawę przeczytałem chyba wszystkie książki o Himalajach. Kiedy stanęliśmy na szczycie bardzo tego żałowałem! Wiał dość silny wiatr, ale pogoda była wciąż dobra. Temperatura wynosiła około minus 20 stopni – całkiem nieźle jak na Karakorum. Byłem szczęśliwy – klęczałem ze łzami w oczach. Jednak wiedziałem, że najgorsze dopiero przed nami. Byłem zmęczony szybkim marszem w górę – musieliśmy po drodze zyskać ponad godzinę czasu, co się udało. Jednak czekała nas nieuchronna burza śnieżna, a z lektury wiedziałem, że to właśnie podczas zejścia zdarza się najwięcej wypadków. Moje emocje to była prawdziwa huśtawka nastrojów…
Simone Moro:
- W zejściu do wysokości około 7500 pogoda była całkiem niezła. Kiedy tylko zadziałał telefon satelitarny zadzwoniłem do Krzysztofa Wielickiego z wiadomością, że byliśmy na szczycie. Przy okazji podziękowałem mu, że przez tyle lat był dla mnie inspiracją. Niestety Karl Gable nie mylił się i tym razem – załamanie pogody dopadło nas niewiele niżej…
Wspinacze zaplanowali, że zejście zajmie im minimum dwa dni. Z wysokości obozu 2 Simone relacjonuje przez telefon satelitarny: - Było bardzo ciężko, ale wszyscy trzej czujemy się dobrze.
Powrót w załamaniu pogody okazał się gorszy niż wspinaczka do góry. Pomiędzy obozem 1 a bazą miało miejsce najbardziej dramatyczne wydarzenie podczas trwania wyprawy – lawina. Simone Moro:
Stało się dokładnie to, co może się stać w dniu, kiedy wszyscy są zmęczeni. Nie podjęliśmy zbyt dużego ryzyka, ale warunki były naprawdę ciężkie. Normalnie pokonanie niebezpiecznego odcinka trawersu pod Gasherbrumem 5 zajmuje 15–20 minut. Niestety, po raz kolejny musieliśmy torować drogę w głębokim śniegu. Po tym jak runął jeden z seraków zostaliśmy zasypani przez cały zalegający śnieg. Kiedy lawina się zatrzymała, zdałem sobie sprawę z tego, że jestem na powierzchni. Zauważyłem pomarańczowy kombinezon Cory`ego i szybko go odkopałem. Potem udało nam się wydobyć Denisa. Jakiś czas później przy widoczności sięgającej 1 metra Cory wpadł do szczeliny. Na szczęście udało nam się go wyciągnąć. To był naprawdę ciężki dzień. Tyczki, którymi oznaczyliśmy szlak uratowały nam życie. 8 godzin pokonywaliśmy odcinek, który normalnie przechodzi się w 3. Po 6 dniach na górze nie mieliśmy już zbyt dużo siły.
Ostatecznie wspinacze szczęśliwie dotarli do bazy. Dla Simone Moro Gasherbrum II to trzeci ośmiotysięcznik zdobyty zimą. Dla Denisa Urubko, który ma na swoim koncie całą Koronę Himalajów zdobytą bez tlenu – drugi szczyt 8000 zimą po Makalu. Cory Richards wszedł w ten sposób na swój w ogóle pierwszy ośmiotysięcznik i stał się pierwszym przedstawicielem kontynentu amerykańskiego na 8000 zimą.
Udana wyprawa na Makalu była dla Simone Moro niewątpliwie inspiracją dla stylu działania tegorocznej ekspedycji – mały zespół, dobrze przygotowany fizycznie, o dobrej aklimatyzacji, czekający na krótkie okno pogodowe.
Dla Polaków sukces Moro ma dodatkowy wymiar „polityczny” – jego dokonania pokazują, że pomysł zimowej eksploracji gór najwyższych nie jest fanaberią jednego „niepokornego” narodu, lecz stanowi wyzwanie także dla najlepszych alpinistów świata!