W co się wpinamy?

Zardzewiały spit z plakietką, fot. Jacek Trzemżalski

Rozmieszczanie przelotów
Era „wpinania bezrefleksyjnego”, kiedy na drogi skalne wybierają się często wspinacze prosto z „bezpiecznych” sztucznych ścian wspinaczkowych, wymusza na ekiperach PZA osadzanie „przelotów bezrefleksyjnych”. Rzutuje to oczywiście na proces rozmieszczenia przelotów. Gdy startujemy z półki, mimo że możemy być wysoko nad ziemią, ringi muszą być gęsto, by lot nie groził uderzeniem o rzeczoną półkę. To samo, gdy grozi nam wahadło i możliwość uderzenia w wystający fragment skały. Nasze skały to nie Francja czy Hiszpania, gdzie na 40-metrowych przewieszonych murach skalnych przeloty mogą być co 7-8 metrów, a wszystkie loty odbywają się w powietrze.
Na trudniejszych drogach możecie się spotkać z gęstszym obiciem. Uważam to zagranie za jak najbardziej fair ze strony autora. Tak rozmieszczone wpinki umożliwiają łatwe „przehaczenie” drogi w celu poznania przechwytów, a w końcu po to się robi drogi, by jak najwięcej osób miało przyjemność z jej przejścia. Wspinacze mogą podczas właściwych ataków bez strachu wyeliminować nie pasujące im wpinki i po sprawie.
Podczas wspinania obowiązuje prosta zasada – im wyżej tym bezpieczniej. Dlatego na końcowych fragmentach drogi obicie może być rozrzedzone bez strachu, że grozi nam niebezpieczny lot.
Zawsze obowiązuje zasada, że z żadnego miejsca drogi nie może nam grozić gleba! Uwaga – nie dotyczy to sytuacji przy newralgicznej drugiej wpince przy locie z wybraną liną! Wtedy z potencjalną glebą trzeba się liczyć!
Nie można przyjąć założenia, że „tu jest tak łatwo, że nikt nie odpadnie”. Wszystko może się zdarzyć i nawet najbardziej nieprawdopodobny lot jest możliwy. Widziałem już różne sytuacje: ukąszenie przez pszczołę, szerszenia, atakującego ptaka, jaszczurkę, węża itd., nie mówiąc o ukruszonym stopniu czy chwycie. Potencjalny lot może być długi, ale gleba jest wykluczona!
Temat „nowoczesnych” ringów mamy z grubsza zamknięty. Na koniec jeszcze anegdota. Dotyczy ona jednego z najlepszych wspinaczy młodego pokolenia, który na widok surowych ringów wyciąganych z firmowego pudełka zapytał z lekkim zdziwieniem:
- „To takie krótkie wklejacie?”
Ringi do dobrej skały liczą około 9 cm i jest to zupełnie wystarczające długość. Ten sam wspinacz onegdaj przeszedł stary projekt ubezpieczony 20 lat temu spitami, które w większości służyły wyłącznie do patentowania. Dziś wyglądają jak złom i zapewniam, że nie są one nawet „takie krótkie”.

Spity
Płynnie przeszliśmy do największego konkurenta wklejanych ringów w naszych skałach, czyli spita. Spity spotykane są bardzo często i w wielu przypadkach oferują bardzo dobrą protekcję. Rzeczone 6 kN nie jest dla nich żadną abstrakcją. A tym bardziej dla wyposażonej w nierdzewną plakietkę kotwy, która tkwi w skale na sporą głębokość. Jeśli ktoś potrafi prawidłowo ocenić jakość przelotu z plakietką, nie musi mieć stresu, że asekurujemy się z jakiegoś „badziewia”. Niestety, rzeczywistość nie jest tak różowa. Zardzewiałe spity osadzane przed 20 i więcej laty to zwykły złom, który daje tylko iluzję protekcji! Przy wymienianiu asekuracji na drogach wyposażonych w takie punkty włos się jeży na głowie, że ktoś z takiej „stałej” protekcji czynnie korzystał. Spity tkwiące w skale w nieszczelnym otworze na długość 4-5 cm to nie żadna osobliwość, lecz rzeczywistość. Często plakietka jest w lepszym stanie, niż zakotwienie. Spit może nie pozostawić ohydnego zacieku rdzy, ale to co jest w skale, pęka pod jednym uderzeniem młotka. Póki jest obciążany z grubsza statycznie może jeszcze jakoś wytrzyma, ale solidny lot to murowana katastrofa! Uważajcie więc na spity!

Ringi
Przeskoczyliśmy temat ringów wbijanych i ringów wklejanych na klejach cementowych. O ile te pierwsze mogą się trafić dość pancerne i ich usuwanie często może być prawdziwą mordęgą, o tyle te drugie – czyli wklejone – praktycznie są nie do ruszenia. Zmienną jest tylko odporność kolucha na korozję. Przeloty takie są jednak dużo mniej estetyczne od nowoczesnych ringów z nierdzewki, dlatego podczas prac reekiperskich także takie „pancerne” przeloty są wymieniane – najczęściej poprzez odcięcie kolucha i zamaskowanie pozostałości. Ringi wbijane to temat o wiele bardziej złożony. Otwór takiego ringa jest penetrowany przez wilgoć, która z czasem osłabia skałę. Ring jest o wiele bardziej podatny na korozję, dlatego często z czasem obluzowuje się i traci na wytrzymałości. Ringi nie zabezpieczone przed korozją zostawiają na skale brzydkie zacieki. Radzę podchodzić do takich ringów z rezerwą, jednak z mniejszą niż do spitów.

Haki
Ostatni ze stałych przelotów napotykanych jeszcze tu i ówdzie w naszych skałach to hak. Kiedyś, a było to dawno temu – gdy dużo wspinałem się w Tatrach – podchodziłem do stałych haków równie bezrefleksyjnie jak do obecnych ringów na kleju. Hak jawił mi się pancernym przelotem. Dość powiedzieć, że na drogi w ogóle nie zabierałem młotka, bo nauczony przez wymagające warunki czarnorzeckich piaskowców, całą asekurację zakładałem naturalną (kostki i friendy) lub korzystałem ze stałych haków. Jednak któregoś dnia, podczas wspinaczki Szarym Zacięciu na Ścianie Czołowej Filara Mięgusza jeden z haków wzbudził moje wątpliwości. Hak wyglądał na nowy, ale był nienaturalnie sklepany. Podczas próby organoleptycznej hak złamał mi się w rękach! Dało mi to wiele do myślenia i od tej pory stałe haki traktuję z należytą rezerwą. Oczywiście, taka sama rezerwa dotyczy haków napotkanych w skałach. Hak nie tylko jest bardzo podatny na rdzę, ale już samo wbicie haka osłabia okoliczną skałę i może się okazać, że nie daje on żadnego zabezpieczenia, poza tzw. asekuracją wzrokową. Przy wybijaniu starych haków często się zdarza, że razem z hakiem wypada cały kawałek skały dookoła szczeliny, w którą był wbity! Ja haki w skałach traktuję wyłącznie technicznie – jako sposób na dociągnięcie się podczas pracy ekiperskiej – na pewno nie zdecydowałbym się odciążać dynamicznie takiego przelotu, podczas prawdziwego lotu! Co i Wam radzę.

Strony: 1 2 3

  1. Brak komentarzy
  1. Brak jeszcze trackbacków